Równouprawnienie i takie tam...






Ten weekend był dość intensywny towarzysko. W sobotę impreza ze znajomymi z Ameryki Południowej, a w niedzielę urodziny kolegi Maluszka. A zanim rozpocznę opowieść o tych imprezach, przedstawię się na wstępie: wojującą feministką nigdy nie byłam, nawet często bronię np pracodawców, że słabiej płacą kobietom - wiadomo, większe ryzyko ciąży itp. I dodam też, że do alkoholiczki też mi raczej daleko. 


Tak więc w sobotę mieliśmy spotkanie u znajomych z Ameryki Południowej z kraju X, z udziałem małżeństwa z Ameryki Południowej z kraju Y. Obie pary dzieciate, niektóre nawet licznie. 

Przychodzimy, powitanie, cmok, cmok z gospodarzami. Pan domu od razu zwrócił się do L z pytaniem: 
- A czego się L napijesz? Wino, może piwo, woda, soki... 

Hop, hop, ja też tu jestem! Ale nic, nie doczekałam się takiego pytania. 

Tak więc o suchym pysku stoję sobie i stoję. 

Następnie pan domu rozsiadł się na kanapie, obok pan z kraju Y i wołają L do siebie. Ja więc przycupnęłam sobie na wolnym taborecie, pozostałe dwa były już zajęte przez panią z kraju X i panią z kraju Y. 

Po jakimś czasie pan domu pyta: 
 - to kto jeszcze wina lub piwa? 
 i patrzy pytająco na męską część uczestników spotkania. Ja więc co pary w płucach krzyczę: 
- ja wina, ja wina!

I dostałam kieliszek wypełniony czerwonym trunkiem. Ale już przez resztę spotkania takie pytanie nie padło. Ale dobra moja, jeden kieliszek to i tak sukces. 

Tak więc panowie sobie dyskutują na tematy różne, panie o kuchni i biegają za licznie zgromadzonymi dziećmi. Próbowałam się jakoś wkręcić w tą pierwszą rozmowę, ale nie wyszło, brak słuchaczy. 

Nagle jedna z przedstawicielek płci pięknej proponuje: 
- może pójdziemy na plac zabaw z dziećmi? 

Wyraziłam zadowolenie, że może tam mężczyźni wykażą większe zainteresowanie potomstwem. Tu jednak jedna z pań mówi: 
- ale przecież oni zostają na imprezie, a my idziemy z dziećmi. 

 Poddałam się woli większości... 

Wróciliśmy do domu, a L mówi: 
- wiesz, tak sobie myślę, że ta Ameryka Południowa to ma coś w sobie... 

Następnego dnia poszliśmy na urodziny kolegi Maluszka. Tym razem towarzystwo zdecydowanie katalońskie. Wszyscy wymieniają z nami pozdrowienia po hiszpańsku, a dalsza rozmowa toczy się po katalońsku. I tak sobie z L stoimy, rozmawiamy sobie o różnicach kulturowych i zwyczajach... Ja stwierdziłam, że zdecydowanie wolę imprezę u Katalończyków, choć czasem niechętnie przechodzą na hiszpański. A tyle zawsze się nasłuchamy od Hiszpanów, jacy to Katalończycy są niemili, a jacy zamknięci... My zawsze ich bronimy, poznaliśmy tu dużo fajnych ludzi. Z kolei Katalończycy mówią czasem z lekceważeniem o Hiszpanach z południa, że to są macho, którzy udają nie wiadomo co, a tak naprawdę to jacy są leniwi. A my przecież też mamy dużo przyjaciół hiszpańskich. 

I tak sobie we dwójkę gawędzimy o różnych stereotypach, różnicach kulturowych... W którymś momencie podchodzi do nas ojciec jubilata z dwoma puszkami złotego napoju procentowego. Hi hi, ha ha, żartujemy, rozmawiamy... Po chwili gospodarz proponuje L jedną z puszek, L przyjmuje, po czym gospodarz otwiera sobie drugą. Uśmiech nieco zastygł mi na ustach. A kto mi zaproponuje? 

L później ukradkiem daje mi spróbować złocistego trunku, bo przecież alkohole są na imprezie zarezerwowane dla męskiej części uczestników spotkania. 

Ze spuszczoną głową wróciłam do domu. Po powrocie usłyszałam słowa L: 
- wiesz, jednak ta Katalonia to też nie jest taka zła...



Post opublikowany na stronie http://barcelonazdzieckiem.blox.pl 5 marca 2013 roku

Komentarze